O tym, jak być świadkiem własnej przemiany

Przemiana brzmi jak coś ekscytującego. Pierwsze co pojawia mi się w głowie po usłyszeniu tego słowa to migocący motyl pogardliwie depczący dopiero co opuszczony kokon. Ale to tylko idealistyczna, nieco naiwna wizja przemiany, która przecież nie zawsze jest pozytywnym zjawiskiem. Jednak poddanie się przemianie we wszelkiej formie, mimo groźby degeneracji, negatywnego przeobrażenia, i tak jest lepsze niż stagnacja. Prawda? 

Przemiana – odpuszczenie czy wymuszenie?

Kiedyś moje wyobrażenie przemiany było nierealistyczne. Uważałam, że następuje samoistnie, bez zapowiedzi. Że wyraża się w nagłym zwrocie akcji, nieodwracalnym, gwałtownym odejściu od przeszłości. Takiego przełomu nie dałoby się nie zauważyć, myślałam. Sądziłam, że kiedyś ktoś po prostu pojawi się znikąd, podejdzie do mnie i powie: zaraz w twoim życiu wszystko się zmieni. Nie znaczy to jednak, że pragnęłam owej metamorfozy. Wygodnie było mi tkwić w bezpiecznej przestrzeni. Nie wychylać się spoza prywatnego, przytulnego kącika. A potem samotnie przeprowadziłam się do innego miasta na pół roku. Była to moje pierwsza wyprowadzka z domu. Wyjechałam do Krakowa w ramach wymiany studenckiej. Opuściłam świat, który wcześniej zdawał się nie do zachwiania. Po tej decyzji coraz częściej spotykały mnie kolejne i kolejne zmiany. Zauważyłam, że są częścią procesu przeobrażenia, w którym tkwię do teraz. Czym jednak tak naprawdę jest przemiana?

Poddanie się przemianie, paradoksalnie, oznacza podążenie za prądem, oddanie się intuicji, sugestii płynącej z podświadomości, która podpowiada nam, że czas na coś nowego. Przemiana to proces, który trwa wiecznie, nigdy się nie kończy. Kiedyś słowo przemiana utożsamiałam z całkowitą rewolucją, nienaturalnym przecięciem linearnego rozwoju, a nie z delikatną modyfikacją, przesunięciem akcentów. Być może ten proces postrzegałam jako gwałtowne zerwanie z przeszłością dlatego, że gdy byłam dzieckiem, chętnie oglądałam programy o metamorfozie, których bohaterowie w ciągu kilku godzin kompletnie zmieniali swój wizerunek. Wychodzili z pokoju w codziennym wydaniu, wracali w balowych kreacjach, a ich bliscy z niedowierzaniem obserwowali ich i pytali: „Czy to naprawdę ty?!”. Kiedyś sądziłam, że metamorfoza może dokonać się dopiero po obkupionej wielkim wysiłkiem, świadomej decyzji o zmianie, dziś zdaję sobie sprawę, że przemiana w rzeczywistości oznacza odpuszczenie, naturalne narażenie się na nowość, zrezygnowanie z kurczowego trzymania się ram. Oczywiście, każdy proces ma gdzieś swój początek. Dlatego, podczas dążenia do zmiany, niekiedy konieczne jest dokonanie jakiegoś wyboru. W moim przypadku przemiana rozpoczęła się właśnie wskutek dość drastycznej decyzji o przeprowadzce. Jednak coś przecież sprawiło, że akurat wtedy zdecydowałam się na wyjazd. To, że punktem zapalnym mojej metamorfozy była jedna decyzja, nie oznacza, że cały proces nastąpił nagle. Pomimo tego, że udział w wymianie postrzegam jako symboliczny początek przemiany, nie mniej ważne były wszystkie drobne chwile, które mnie do niego doprowadziły i oswoiły mnie z myślą o inności. Był to moment poprzedzający przemianę. Czas, w którym dużą część każdego dnia spędzałam na rozważaniu słuszności decyzji o wyprowadzce, na dopuszczeniu do siebie myśli o realności irracjonalnego planu. Obserwowałam swoją reakcję na możliwość niepowodzenia, na to, że być może wyjazd byłby niemożliwy. Dzięki przebrnięciu przez etap przejściowy, w którym ciągle zmieniałam zdanie, czy jechać, czy nie, po kolei poukładałam sobie wszystko w głowie. Ostatecznej decyzji o przeprowadzce nie postrzegałam jako nienaturalnego zerwania z dawną rzeczywistością, przeniesienia całego swojego życia gdzie indziej. Widziałam ją jako puszczenie tego, co znane, otworzenie się na niewiadomą, szansę na uelastycznienie. Od wyjazdu do Krakowa podejmowanie kolejnych decyzji, rzucanie się w nowe sytuacje, które po prostu same na mnie spływają, przychodzi mi z łatwością. Przeprowadzka była odhaczeniem jednego z punktów, zatrzymaniem się na jednym z przystanków procesu przemiany, który dla każdego toczy się w innym tempie. Pomimo tego, że wreszcie otworzyłam się na nowości, wciąż niektóre aspekty przemiany są dla mnie niejasne. Czy wewnętrzne zmiany prowadzą do zatracenia pierwotnej wersji siebie? Czy sprawia, że odbiegamy od swojej tożsamości? Czy zawsze jest świadoma? Czy zmieniamy się wbrew sobie? 

Śledzenie metamorfozy. Bycie z nią na bieżąco

Przemiana jest zaskakiwaniem samej siebie. Uważam jednak, że najczęściej następuje naturalnie. Jest efektem konsekwentnego zbierania niepozornych elementów mających ubarwić codzienność, niekoniecznie z uwzględnieniem konkretnego planu, celu; efektem oddania się temu, co kieruje nas do kolejnej formy. Niekiedy podczas „przełomowego” momentu w życiu możemy jednak w głębi siebie wyczuć, że coś się zmienia. 

Podczas półrocznego rezydowania w Krakowie, zapisywałam swoje refleksje, dzięki czemu aktywnie śledziłam przemianę. Teraz, gdy czytam notatki, wyraźnie widzę proces, który przechodziłam. Nie da się nie zauważyć kontrastu między moimi myślami z początku, w trakcie i pod koniec przygody. Na przykład, w dniu przeprowadzki, tuż po wejściu do pociągu, (3.10.2022) pisałam: „Pociąg przed chwilą ruszył, fizycznie czuję, jak rozrywa się jakaś więź, wydaje mi się, że razem z tym jak oddalam się od Warszawy, przecina się jakaś niewidoczna linka, mogę teraz wszystko”. Już kilkanaście dni później (19.10.2022) zmieniłam nastawienie: „Śmiesznie, nawet po tak krótkim czasie, jest popatrzeć sobie na to, jak szybko się przyzwyczajam do mieszkania gdzie indziej. Już znikło wrażenie nieskończonej szansy, wolności na każdym kroku, skończył się paraliżujący strach przed nieporadnością, skończyło się zagubienie i kompletne zafascynowanie nowym miastem. Nie ma już tej zupełnie nowej fascynacji czymś, co jest mi obce, nie jestem już tak wpatrzona w moje nowe znajomości, już zaczęły się pierwsze towarzyskie zawirowania, już nie jest sielankowo. To wszystko sprawia, że widzę, jakie życie jest schematyczne pod niektórymi względami, jak niesamowicie łatwo jest wplątać się w nową rzeczywistość, spotykać się ze znajomymi dylematami czy problemami, jak łatwo jest wpaść w nową rutynę”.

Te wnioski doprowadziły mnie do refleksji nad tym, czy wewnętrzne przemiany prowadzą do zatracenia pierwotnej wersji siebie? Na podstawie mojego doświadczenia, mogę powiedzieć, że sama najczęściej decyduję się na zmiany z zachowaniem pewnej dawki ostrożności. Gdy się przeprowadziłam, w nowym miejscu szukałam bezpieczeństwa, nowej wersji domu, znanych mi ostoi. Jako studentka polonistyki, miłośniczka przytulnych miejsc i kawy, już drugiego dnia szukałam lokalnych magazynów literackich, bibliotek, księgarni, klimatycznych kawiarni o znajomym wystroju. Nawet w nowym miejscu chcemy być tacy sami, szukamy odpowiednika znanej nam rzeczywistości. Po przemianie wciąż jesteśmy sobą, jednak wersją siebie wzbogaconą o znajomość nowego kontekstu. 

Przemiana to proces, który toczy się powoli, jednak nie zawsze jesteśmy w stanie rozpoznać, że jesteśmy w jego trakcie. Bywa tak, że jesteśmy zaskoczeni swoją zmianą. Nie zawsze da się wskazać moment, w którym człowiek świadomie decyduje, że zrobi w życiu coś, czego nigdy nie pomyślałby, że będzie robić. Dopiero po jakimś czasie patrzy na siebie i myśli: to ja jestem tą osobą? Być może niektórzy myślą: „Jak to możliwe, że to ja teraz nagle jestem osobą, która w wolnym czasie woli zostać w domu niż imprezować?”. Inni, którzy kiedyś deklarowali się, że nigdy się nie zakochają, bo to przykładowo blokowałoby ich proces twórczy, później znajdują się w szczęśliwych związkach. Zaskakuje mnie to, z jaką łatwością człowiek potrafi wpaść w nowe formy, zaadaptować się do stanu, który być może był mu przeznaczony, do którego musiał dojrzeć, doczłapać się, dobrnąć.

W Krakowie miałam wiele momentów niedowierzania w moją aktualną rzeczywistość: (29.10. 2022) „Dziwnie być pomiędzy dwoma miastami; teraz, dopiero jak odwiedziłam Warszawę, uświadomiłam sobie, jak brakuje mi moich ludzi, jak dziwnie jest obserwować, że tu toczy się życie, a jak nagle mam swoje życie gdzie indziej”; (22.11.2022) „Nigdy nie sądziłam, że będę tą osobą, która tak naprawdę jest rozerwana między dwa miejsca”; (6.12.2022) „Niedługo święta, pierwszy raz w tym czasie jestem trochę dalej od rodziny. Wciąż nie mogę uwierzyć, że teraz mnie też będzie dotyczyć doświadczenie powrotu do domu w grudniu”.

Mimo to niemal fizycznie odczuwałam także, że z dnia na dzień coraz bardziej odbiegam od dawnej wersji siebie, że oddalam się od swoich schematów, że codziennie jestem nieco inna. Byłam świadkiem swojej przemiany, prowadziłam ją świadomie: (26.12.2022) „Bardzo odległe wydają mi się sytuacje nawet z listopada, jestem kimś innym z dnia na dzień, ciągle dowiaduje się czegoś nowego, w kolejnych dniach coraz mniej utożsamiam się ze swoim stanem sprzed kilku dni”. 

Przemianę albo może raczej jej „ostateczny produkt” często zauważamy dopiero po całym procesie. Wynika to z tego, że przemianą powszechnie nazywa się to, co następuje na końcu, czyli, na przykład, sytuację, w której ktoś widzi nas po kilku ważnych dla nas miesiącach i mówi: zmieniłaś się. Czasem może zdawać się, że przemiana to pojedyncze zjawisko, które prowadzi nas do ostatecznej wersji siebie, ale przecież przemianą jest proces sam w sobie. Proces, którego częścią są nawet te wszystkie dni, o których nie pamiętamy. Częścią procesu jest leżenie w łóżku, gapienie się w sufit, zauważenie, że życie wygląda, pachnie inaczej. Do przemiany należy szara rzeczywistość, w której tle brzęczy cichutki głosik, który podpowiada, że „to się dzieje, to teraz kiedy codziennie myślisz o poprzednim dniu i wydaje ci się, że było to lata temu, to nawet właśnie te nudne, zwykłe, niewypełnione niczym ekscytującym momenty są elementem twojej przemiany, twojej drogi ku temu, co będzie później”. Przemiana to przejście przez całą nudę, przez wieczne czekanie, przez dopasowywanie się do różnych form.

Wydaje mi się jednak, że tradycyjnie rozumiana metamorfoza w kontekście indywidualnej wewnętrznej zmiany, to zbyt pompatyczne słowo. W rzeczywistości jest ona jedynie przeobrażeniem, wyostrzeniem albo osłabnięciem cech, które już mamy. Tak jak pisałam wcześniej: (5.01.2023) „Pomimo tego, że przenoszę się w inne miejsca, poznaje nowych ludzi, to i tak przeżywam to wszystko w podobny sposób i wpadam w swoje ulubione schematy”. Poza tym, podczas mieszkania w Krakowie, starałam się zapamiętać przypadkowe momenty, ułamki sekundy, w których czułam się jak w domu, dążyłam do swojskości. Chętnie szukałam analogii między domem a nowym miejscem zamieszkania: (13.01.2023) „Poczułam się tak dziwnie znajomo jak kawa z przypadkowej piekarni smakowała jak kawa na moim wydziale w Warszawie”, (12.01.2023) „Jak wyszłam dziś z biblioteki, to dosłownie przez sekundę poczułam się jak w domu, jak u siebie”.

Przemiana a przemijanie. Metamorfoza wywołują nostalgię?

Kolejnym ciekawym aspektem mojej przemiany wydało mi się to, że współgrała z innymi większymi przemianami: w naturze, w Warszawie, którą opuściłam, a nawet w Krakowie, w którym zamieszkałam. Procesy zazębiały się, toczyły się jednocześnie. Swoją indywidualną metamorfozę starałam się usytuować na tle ogólnego biegu czasu, co pozwalało mi na zrozumienie mojej sytuacji: (17.11.2022) „Czuję już, że zaczyna się zima. Zawsze jak zmienia się pora roku, to myślę o przeszłości, teraz gdy to się dzieje, pierwszy raz w życiu mieszkam w innym mieście. Cała moja przeszłość jest przecież w Warszawie, więc teraz tęsknie już nie tylko za przeszłością, ale też za domem”; (17.12.2022) „Wychodzę z akademika, bo jadę do domu na święta, czuć, że jest tu pusto, wszyscy wracają do domów, teraz jest zupełnie inna atmosfera od tej, która tu panuje, jak są tłumy”. Podczas mojej przygody zdarzały się także momenty, w których czułam przenikliwą nostalgię. Niekiedy nowości wywoływały u mnie refleksje o tym, co było kiedyś. Doprowadziło mnie to do wniosku, że rzucenie się w nieznane, poddanie się przemianie, pozwala dogłębniej poznać siebie, przeanalizować swoją przeszłość. Dowiedziałam się, na przykład, że (2.02.2023) „Gdy trafiam na coś, co mnie inspiruje, to moje myśli od razu kierują się do domu babci (gdzie spędziłam dużą część dzieciństwa), tak jakby to było pierwsze źródło mojej inspiracji”.

Co następuje po „zakończeniu” przemiany?

Na „końcu” mojego procesu przeobrażania się, czyli gdy wróciłam Warszawy po półrocznym pobycie w Krakowie, wystraszyłam się, że teraz moja przemiana się kończy, że wracam do „starej” wersji siebie, do opuszczonego przeze mnie kokonu. Miałam wrażenie, że po powrocie wpadnę w pierwotną formę, że mój rozwój, proces przemiany się zakończył, że teraz przestanę kwitnąć. Po kilku tygodniach zdałam sobie sprawę, że tak naprawdę to dopiero początek. Wciąż testuję to, jak żyje mi się w dawnej rzeczywistości z całym bagażem nowych doświadczeń. Wkraczam w kolejny etap procesu przemiany, który polega na readaptacji do „starej formy”, po delikatnym przeobrażeniu mojego wnętrza. Sprawdzam, jak „po” przemianie odnajdę się w tym, co było. Dostrzegłam, że z pozornie niezmienionej, dawnej rzeczywistości, czerpię inne wartości niż poprzednio. Zauważyłam, że także moja rzeczywistość się zmieniła. Przecież to, że swoje zmiany przechodziłam gdzie indziej, nie oznacza, że tutaj czas się zatrzymał. To z kolei nie oznacza, że ja, bliscy mi ludzie oraz moje miasto, zmieniliśmy się nie do poznania. Zauważyłam jedynie, że metaforyczna luka, miejsce, które czekało na wypełnienie, nie jest już puste. Niektórzy uśmiechają się bardziej promiennie. Inni stali się bardziej ironiczni. Kolejnym inaczej błyszczą się oczy. Jeszcze inni zaczęli nosić eleganckie swetry albo obcięli grzywkę. 

Po powrocie zdałam sobie sprawę, że to, że ja przeżywałam przełomowy moment, nie oznaczało, że mój powrót był przełomowy dla wszystkich. W rzeczywistości ludzie, nawet ci najbliżsi, zajmują się swoim życiem, czas płynie. Zdałam sobie sprawę z tego, że zostawianie jakiegoś miejsca na rzecz przemiany łączy się z tym że stara rzeczywistość będzie przeobrażać się poza moją kontrolą. Takie refleksje miałam już w styczniu, jednak najbardziej dogłębnie poczułam je po powrocie do Warszawy: (9.01.2023) „Trochę dziwnie ogląda się moich przyjaciół, którzy przeżywają teraz wszystko beze mnie. Dziwna jest świadomość, że sama to wybrałam, że zaczęłam samotne życie w innym mieście. I tu teraz też mam nowych znajomych, a kiedy stąd wyjadę, to z kolei oni będą sobie żyć, tak jak wcześniej, tylko tym razem ja nie będę tego częścią”.

Efekty przemiany: co zmienił we mnie wyjazd?

Powrót ułatwiło mi podsumowanie całej przemiany, która dokonała się w moim wnętrzu podczas pobytu w Krakowie. Zauważyłam namacalne efekty decyzji o wyjeździe, co utwierdziło mnie w tym, że rzeczywiście cała przygoda niezaprzeczalnie mnie zmieniła. Moja przemiana polega na przykład na tym, że teraz chętniej stawiam sobie kolejne wzywania, czuję większą potrzebę odkrywania, szukania nowości. Nie wybieram automatycznie bezpiecznych opcji, tak jak robiłam kiedyś. Rozpoczęcie przemiany ma charakter lawinowy. Gdy już raz rzucimy się w niewiadomą, kolejne wyzwania przychodzą z większą łatwością. W Krakowie stale zmagałam się z nowościami. Początkowo nawet przebywanie we wspólnej kuchni w akademiku, w której zawsze były tłumy, bardzo mnie stresowało. Wysiłek stanowiło nawiązywanie rozmów z nowymi ludźmi. Trudne dla mnie było też mierzenie się z samotnością. Później, zdałam sobie sprawę, że przemiana polega na odblokowywaniu kolejnych poziomów i na zauważeniu, że coraz więcej rzeczy jest dla mnie dostępnych. Na przykład, w Krakowie nauczyłam się spędzać czas sama ze sobą, co jest teraz dla mnie naturalnym stanem, zapewnia mi oddech. Znalazłam w sobie też siłę na podjęcie decyzji, które odwlekałam od lat. Dowodem mojej przemiany, jest dla mnie również to, że gdy opisuję swoje doświadczenie, nie kryje się pod ironią, jak robiłam to kiedyś. Szczerze opowiadam o tym, co jest dla mnie ważne. Zmiany nie sprawiają już, że kręci mi się w głowie. Teraz gdy robię coś nowego, czuję ekscytację. Moja przemiana polega na samym otwarciu się na nią. 

Wyjazd do Krakowa potraktowałam jako czas, który najprawdopodobniej czegoś mnie nauczy, który ma określone ramy, początek i koniec. Dzięki temu, że nastawiłam się na przemianę, uważnie obserwowałam to, co dzieje się wewnątrz mnie i wokół mnie. Po powrocie okazało się, że proces dalej się toczy.

Wnioski „po” przeobrażeniu. Wejście w dawną formę? 

Na zakończenie moich refleksji o przemianie, zacytuję moje ostatnie zapiski z Krakowa: (10.02.2023): „Cieszę się, że po powrocie moje życie już będzie całością, a nie tylko ciągłym urozmaicaniem sobie dni, szukaniem jakichś wrażeń, po to, żeby cała przygoda była piękna. Po Krakowie moje życie stanie się bardziej elastyczne, więcej rzeczy jest już teraz dla mnie możliwych, bardziej dostępnych. Wiem, że to nie był tylko rozdział, ale też coś, co wpłynie na moją przyszłość”; (19.02.2023) „Ostatni raz śpię dziś w akademiku. Pamiętam dezorientację, którą czułam po przebudzeniu się po pierwszej nocy w Krakowie. Przez chwilę nie wiedziałam, gdzie jestem, w pokoju była całkiem obca osoba, moja nowa współlokatorka (z którą teraz się przecież przyjaźnię). Pamiętam, jak bardzo chciałam pójść na nową uczelnię, poznać miasto. Ekscytowało mnie wszystko, co mogło mnie czekać. Czułam, że wszędzie może spotkać mnie coś pięknego. A teraz, po pół roku, wszystko jest już oswojone, przygoda się skończyła. Teraz mogę patrzeć na cały ten czas jako na całość. Kończy się możliwość budowania, kończy się dokładanie nawet najmniejszych wspomnień, które sprawiłyby, że moje życie tutaj będzie urokliwe. Naprawdę nie wiem, co będzie dalej, ale wiem, że chcę dalej widzieć w każdym dniu coś pięknego”.

Po powrocie poczułam, że rzeczywistość, którą znam wręcz na wylot, nie wygląda tak samo. Zauważyłam, że moje miasto, które tak kocham, już zawsze będzie miało w sobie pierwiastek obcości. Po rzuceniu się w zmiany nie ma powrotu do przeszłości w nienaruszonym stanie. Właśnie dlatego przemiana to niekończący proces, który wywiera piętno nie do usunięcia. Wbrew pozorom jest to pocieszający wniosek, który pokazuje mi, że bezustannie mamy szansę na odkrywanie nowych barw.

Agata Tomaszewska